Dziecko: dzieciństwo

Wiara w złe duchy, czyhające na maluszki była rozpowszechniona szczególnie na wsi. Starano się chronić niemowlęta na wszystkie sposoby. Najbardziej znanym i najprostszym sposobem było przywiązanie do rączki lub ubranka czerwonych gałganków i wstążeczek. Wkładano do kołyski święcone makówki i zioła, a nawet stawiano na parapecie wodę i chleb, by zapobiegały negatywnym wpływom księżyca, który wywoływał lunatyzm. Jednak często, mimo tych zabiegów, malec przez całe noce płakał i grymasił. Winą za to obarczano złośliwe licha.

Największymi wrogami malców były mamuny – groźne demony podmieniające dzieci. Wiara w nie rozprzestrzeniła się na całą Słowiańszczyznę. Nosiły rozmaite, regionalne nazwy: sybiele, bohynki, nocule, odmienice, małpy, sidule, babule, matrony, odludki. Kradły dzieci ładne, zdrowe i podmieniały na chore, brzydkie, niedorozwinięte, żyjące krótko.

Uważano, że sen kradną demony. Wypędzano je zamawianiem, czyli zaklęciami i gestami magicznymi, np. wymachiwaniem chochlą – „wyłapywaczką snu”. Dziecko kąpano w wodzie przyniesionej ze studni lub rzeki o bladym świcie, nim obudziły się ptaki. Wylewano ją potem do głębokiego dołka. Kiedy i to nie pomagało, wieszano na szyi malucha korale z korzenia piwonii albo okadzano kołyskę poświęconym rumiankiem, miętą, nagietkiem, bożym drzewkiem.

Przyczyną niedomagania małego człowieka mogły być różne – ciemna, wilgotna i duszna chałupa, złe odżywianie, roje robactwa. Praktyki ochronne dotyczyły zwłaszcza dziewczynek, uchodzących za istoty delikatne, bardziej podatne na działanie złych mocy. Nie prano ich pieluch i koszulek kijanką, żeby nie odczuły „bicia” na sobie. Nie suszono ich rzeczy na słońcu, bo wierzono, że mogło to wywołać liszaje i czyraki. Ciuszki wieszano na płocie, co miało zapewnić powodzenie u chłopców. Starano się nie obcinać malcom włosów przed ukończeniem pierwszego roku życia, gdyż wierzono, że grozi to chorobą oczu. Starano się nie obcinać malcom włosów przynajmniej do skończenia pierwszego roku życia. Chowano też lustra, bo przeglądanie się w nich miało spowodować, że dziecko będzie nieme. A kiedy bobas stawał na nogi, przeprowadzano go nad siekierą, która z dawien dawna była rodzajem magicznego talizmanu.

Dziecko z dwoma czubkami na głowie było z natury urokliwe. Na boleści, zawroty głowy miało działać pochlapanie pomyjami i otarcie nadołkiem – dolną częścią matczynej koszuli, kadzono dziecko woskiem z gromnicy przez 2 dni przez dziurkę od klucza, kruszono 3 kawałki węgla i dodawano do wody, którą dziecko musiało wypić. By odgonić boginy, które rzucały uroki, wieszano na drzwiach izby lalkę, którą w tygodniu palono. Płaczliwe dzieci podejrzewano o zwichniecie. Sprawdzano to łącząc prawą rękę z lewą nogą i odwrotnie. Gdy dziecko miało zaczerwienienie w okolicach cycka, podejrzewano je o ssanie boginy – wtedy wieszano lalki na drzewie i palono. Na zły sen brano słomę z gniazda prosiąt lub kradło się z innej kołyski, dodawano do wody pajęczynę ze słomą, kropiono posłanie wodą święconą. Wodę taką dawano do wypicia, wlewano ją też do kąpieli.

Najlepiej wiodło się dzieciom zupełnie małym, wymagającym ciągle matczynej opieki. Starsze nie mogły już liczyć na tyle wsparcia. Nie spały? To wkładano do buzi szmatkę z makiem. Nie jadły? Widocznie są najedzone. Nie istniał też zwyczaj gotowania innych potraw dla kilkulatków. Z tych przyczyn śmiertelność wśród najmłodszych początkiem XX wieku była bardzo wysoka – zarówno na wsiach, jak i w mieście, gdzie opiekę sprawowała często przypadkowa opiekunka. Bywało, że lepiej zahartowany był chłopiec z wiejskiej zagrody niż np. syn wojewody. Mawiano z resztą „Bóg dał, Bóg wziął”.

Kobiety przez kilka miesięcy karmiły piersią. Potem podawano bułkę z gorącym mlekiem, matka brała kęs do swojej buzi, a potem dawała dziecku. Od cycka odłączano dziecko na początku miesiąca, aby przybywało, czyli rosło. Nie odłączano od piersi w listopadzie gdy liście lecą z drzew, bo szybko się będą psuć ciuchy. Wierzono, że jeśli dziecko będzie cyckać przez 3 wielkie piątki, to matka szybko nie zastąpi, czyli nie zajdzie ciąże.

Do dziecięcych zabaw należało przede wszystkim wyplatanie wianków, robienie bukietów, naśladowanie księdza, robienie różańców z dzikiej róży, układanie żołędzi, łapanie motyli i gąsienic. Zimą bawiono się szpulkami od nici, kartonikami, zapałkami. Dużo było też zabaw fizycznych, biegania, chodzenia na rękach, chowanego. Chętnie uczono się wierszyków, popularne były zabawy grupowe np. koło młyńskie, Julianka, jawor. Starsze dzieci uczyły się wycinać z papieru, liczenia uczyli rodzice. Podczas zabaw nie wolno było chodzić do tyłu, bo pchało się rodziców do piekła. Zakazywano plucia na ogień, bo język opryszczy, nie zalewało się brudną wodą ogniska, bo to grzech. Nie wolno łamać bzu, bo ręce i nogi będą krzywe. Dziecięce zabawy to głównie korzystanie z przyrody, swojej własnej fizyczności i kreatywności.

Wyjątkowo dziwne, dzisiaj pewnie niedopuszczalne, były domowe metody leczenia:
• Strupy – tłuszcz z sadła
• Ból głowy – wywar z łopucha
• Katar – wdychanie spalonych piór
• Róża na oczach – przykrywano szmatką oczy chorego i na niej palono ziarna lnu – dym do góry ozdrowienie. Na różę działać miał także ciepły mocz chorego
• Bolące gardło – sok z borówki
• Liszaje – rosa z okna
• Brodawki – psi mocz
• Czyraki – stare sadło lub podgrzana cebula
• Rana – tamowano chlebem urobionym z pajęczyna lub węglem
• Oparzenie – smarowanie olejem, białkiem jaja lub śmietaną
• Przestrach (znamie) – ucięcie włosów choremu, spalenie ich i kadzenie chorego
• Padaczka (wielka choroba) – dziecko stawiano przy drzwiach, nad głową nacinano siekierą ramy lub brano koszulkę chorego i owijano przydrożny krzyż
• Ból brzucha – gotowane pokrzywy, okłady z gorących otręb pszennych