Hej, wesele!

Kolorowe, huczne i radosne – takie było polskie wesele. Do tego dnia przygotowywano się miesiącami. W rodzinie pana młodego zbierano pieniądze na muzykantów i na trunki, a u panny młodej na wystawne przyjęcie, bo nawet ci najbiedniejsi pragnęli swoją córkę godnie wydać za mąż.

Przed wyjazdem do kościoła odbywało się błogosławieństwo rodziców, w niektórych domach błogosławieństwa udzielali też dziadkowie, a nawet chrzestni. To zwyczaj ciągle żywy i obowiązkowy przed ślubem w wierze rzymskokatolickiej.

Dużą wagę w dniu ślubu przywiązywano do pogody. Uważano, że jeśli tego dnia świeci słońce, to małżeństwo będzie się cieszyć szczęśliwym i pogodnym życiem. Jeśli padał deszcz, wierzono, że wspólne życie młodych będzie bardzo burzliwe.

Weselny orszak, który jechał do kościoła, musiał pokonać wiele przeszkód. W poprzek drogi zawieszano szlabany zrobione z kwiatów, słomy czy gałęzi. I dopiero kiedy drużba pana młodego przekupiła tych strażników butelkami gorzałki, a dzieci słodyczami, wszyscy mogli spokojnie przejechać. U wjazdu na podwórzec czekała tzw. brama, czyli powróz lub drąg owinięty gałęziami i ozdobami – tutaj też trzeba było dać „wkupne”. Bramy widujemy do dziś – czasami związane z zawodem młodego lub młodej, często humorystyczne i takie, które angażują parę do interakcji z gośćmi. Znanym dzisiaj „wykupowaniem” młodej jest też zwyczaj, w którym przyszły mąż, w dzień ślubu, udaje się do domu panny młodej i targuje się z druhnami lub rodzicami. Należy ją wykupić (najczęściej alkoholem) i to często jest moment, kiedy młody widzi swoją wybrankę pierwszy raz w sukni ślubnej.

Wesela odbywały się najczęściej w domu panny młodej, w sadzie lub w wysprzątanej stodole, kiedy gości było więcej. W progu lub za bramą stali rodzice, którzy witali przybyłych solą i chlebem. Młoda para całowała chleb, dziękowała za życzenia. Obchodziła wnętrze domu, całując też naroża stołu. Dopiero wtedy goście mogli wejść i usiąść za stołami. Zza okien często zerkali niezaproszeni sąsiedzi, żebracy, biedota. A zaproszonych gości można było rozpoznać po tym, że przypięte mieli małe bukieciki albo wstążki. Na obiad podawało się tłusty rosół i ziemniaki z mięsem. W biedniejszych domach był to żur, placki, groch, kapusta. U szczytu stołu sadzano rodziców i starostów weselnych, którzy wznosili pierwszy toast. Później już kapela, ciotki, wujki głośno śpiewali, a często te przyśpiewki były wymyślane dla tej konkretnej pary i na to specjalne wydarzenie.

Później był czas na tańce i to była też chwila trudna dla panny młodej – czekał ją tzw. biały wieniec, który trwał czasami kilka godzin. Polegał na tym, że panna młoda musiała zatańczyć z każdym gościem, a w zamian za ten zaszczyt składał on na ręce starościny znaczącą sumę na gospodarstwo.

O dobrych grajków zabiegano w szczególności. Muzykanci siedzieli na specjalnych podwyższeniach, bo musieli wszystko dobrze widzieć, a kiedy widzieli, że tańczącym brakuje sił, grali coś wolnego. Dobrze było ich nakarmić, napoić i porządnie im zapłacić.

O północy były tzw. oczepiny. Wedle zwyczaju po oczepinach młoda mężatka miała prowadzić dom, rodzić dzieci, dbać o własne gospodarstwo, dlatego często towarzyszyły temu szczere łzy. Młodą zabierano do drugiej izby, druhny zdejmowały wianek z jej głowy, ścinano warkocz lub skracano włosy, a starsze niewiasty zakładały bogato haftowany czepiec uszyty z białego płótna. Warkocz zaplatany był najczęściej dzień przed weselem. Odpowiednikiem ścięcia warkocza może dziś być wieczór panieński – ostatni symbol panieństwa. Aby trochę te chwile rozweselić, ubarwiano ją scenkami. Udawano, że panna zrzuca i depcze czepek albo dla żartów wkładano męski kapelusz. Oczepiny były zwieńczeniem wesela. W dzisiejszych oczepinach biorą udział osoby, które nie są w związku małżeńskim. Panna młoda zbiera wokół siebie wszystkie panny, pan młody kawalerów i kiedy ustaje muzyka, młoda rzuca welonem, a młody muszką. Dziewczyna i chłopak, którzy złapią welon i muszkę, tworzą (na pewien czas) parę.

Niektóre z imprez weselnych przychodziły do historii wsi, bo były tak huczne, długie i bogate. Zdarzało się, że bawiono się nawet przez tydzień, łącznie z weselem, a później na tzw. poprawinach. Obecnie coraz rzadziej młodzi decydują się na poprawiny, ale kiedy już są – zabawa trwa do rana. Często ma luźniejszy charakter, ale jedzenia, picia i tańców na pewno nie brakuje.

Po hucznej weselnej imprezie panna młoda przenosiła się do domostwa męża. W skrzyni posagowej przewożono jej cały dobytek, czyli garnki, pościel, bieliznę. To wszystko, kiedy było już na wozie, jechało do domu męża. Żegnano rodziców, dom, obejście. W nowym domu żona syna była witana przez całą jego rodzinę. Teściowa czekała na progu z chlebem, a synowa musiała ten chleb umiejętnie pokroić i obdzielić wszystkich obecnych. Do domu wnosił żonę mąż – oczywiście na rękach. Czasami zdarzało się, że wnoszono ją na pierzynie, na skrzyni posagowej lub na krześle. To był początek nowego życia.