Zaręczyny wyglądały rozmaicie w różnych stronach kraju, a nawet w obrębie tego samego regionu. Nazywane były też zrękowinami, zmówinami, pierścionkami. Początkowo była to skromna uroczystość w gronie najbliższych, ale na początkach XX wieku przybrała formę znacznie bogatszą i bardziej zewnętrzną.
Im bardziej były huczne, tym była większa waga związku tych dwojga ludzi. Zaręczyny miały często bardzo uroczysty przebieg. Zdarzało się, że do domu panny kawaler jechał całym pochodem wraz z muzykantami, rodzicami, sąsiadami i swat ze swatką. Często było głośno, hucznie i radośnie. Kawaler powinien zajechać pod dom na pięknym koniu lub bryczką, a w domu panny czekał już poczęstunek. Najczęściej chleb i wódkę przynosił właśnie kandydat na męża.
Przed zaręczynami młodzi kroili chleb, maczali go w soli i jedli. Według wierzeń, kto przełknął go pierwszy, ten miał rządzić domem. A dlaczego chleb? Był to pokarm otoczony największym szacunkiem, a jego brak oznaczał wielką biedę. Wypiekanie chleba też nie było wcale takie proste i krótkie. Trwało czasami kilka dni, bo trzeba było przygotować zakwas, robiono zaczyn, potem ciasto, a kiedy urosło, wkładało się z specjalnego koszyczka i dopiero do pieca chlebowego. Bardzo często kpiono z młodej kobiety, która nie potrafiła upiec takiego chleba.
Kiedy już młodzieniec zajechał pod dom panny miał zaręczynową przemowę. Ojciec lub swat witali gości, prosili do stołu, ale zanim do tego doszło, przyszły starosta weselny dokonywał samego rytuału zaręczyn.
„Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie ucałuję, a chusteczkę haftowaną tobie podaruję…” – znany nam wszystkim tekst piosenki ma nawiązanie właśnie do rytuału dawnych zaręczyn, kiedy to nie było tak popularne zakładanie pierścionków, bo to starosta weselny wiązał dłonie narzeczonych szarfą lub chustką i skrapiał je święconą wodą. To były symboliczne zaręczyny. Dopiero później szarfy zastąpiły pierścionki z rozmaitego kruszcu lub z żelaza.
Potem była też mowa o posagu i szczegółach dotyczących wiana. Starosta przy tym miał stosowną mowę, przygrywała kapela, wesołe przyśpiewki. Do domu rozchodzono się dopiero nad ranem. Po zaręczynach dawało się na zapowiedzi w kościele i można było prosić gości, najpierw krewnych, najstarszych, tych najważniejszych. Innych prosił wybrany przez młodych drużba.
