Zapusty

To okres od Nowego Roku lub Trzech Króli do Środy Popielcowej. Czasami tej nazwy używano do określenia ostatniego tygodnia karnawału od tłustego czwartku do Środy Popielcowej lub trzech ostatnich dni tego tygodnia. Był to czas hulanek, tańców i swawoli – o tyle wyjątkowy, że nie był związany tak mocno z ceremoniami religijnymi. Na ten okres zapominano o problemach, trudnej codzienności, a zabawę i przyjemność stawiano na pierwszym miejscu. Świadczą o tym słowa:

„Nie masz nic najmilszego, nad zapusty kochany,

Rozweseli on każdego, choćby był stroskany

Hoc w zapusty, hoc wesoło, nuże dalej, nuże wkoło”.

Należy dodać, że mocno widać było w tym czasie obrzędowy charakter tańca, bo ludzie pląsali na lnie czy konopii. Tańczono też „na proso i owies”, wyskakując wysoko, by tak samo wyrosły rośliny.

Był to niezwykły czas dla matek i żon – mogły sobie pozwolić na zabawy i tańce nawet w karczmie. Wierzono bowiem, że to kobieca obecność przyniesie lepsze plony i urodzaj. Dla panien był to trudny czas – intensywnie szukały dla siebie męża, ale stare panny mogły się spodziewać wizyty chłopców, którzy przyciągali ciężki kloc. Jeśli dziewczyna się wykupiła, chłopcy kloc brali dalej, a jeśli nie, to niestety panienka musiała sama taki kloc zatargać do kolejnego domu, w którym mieszkała niezamężna kobieta.

Bardzo popularnym zwyczajem było chodzenie po domach tzw. drabów, dziadów – byli to mężczyźni przebrani za Żydów, Cyganów, żebraków. Gospodarze witali ich z otwartymi ramionami, bo wierzono, że wizyta takich cudaków przyniesie urodzaj i szczęście. Przebierańcy bawili domowników, byli przy tym głośni i żwawi – miało to pobudzić do życia przyrodę.

Był to czas ożywionych kontaktów towarzyskich. Zbierano się na wspólne skubanie pierza, muzykę, syty poczęstunek. Jedzono i pito tak dużo, aby zaspokoić apetyt i pragnienie przed nadchodzącym 40-dniowym postem. Oskar Kolberg pisał: „do uczty wchodziły koniecznie pączki, na smalcu w domu smażone lub chrust, czyli faworki, ciasta podługowate, kruche, na smalcu smażone”.