Oskar Kolberg pisał: „Do żniwa tak kobiety, jak i mężczyźni ubierają się czysto; parobcy i dziewki przystrajają głowę w kwiaty”. Gospodynie szykowały ubrania płócienne, przewiewne, cienkie, ale przede wszystkim chroniące przez kłującymi ostami. Do mężczyzn należało żęcie, kobiety natomiast zajmowały się podbieraniem.
Kiedy piały koguty, ludzie zaczynali pracę. Zboże żęto od samego świtu, kończono o zmierzchu, a podczas żęcia zboża nie wolno było odwracać się plecami do słońca. W południe żeńcy przerywali pracę, aby coś zjeść i odpocząć. Wierzono też, że godzina południowa jest niepewna – wtedy na ziemię mogą schodzić niebezpiecznie demony. I tak pracowano do zmierzchu. Ciemności kryły w sobie tajemnicę, łatwo paść ofiarą złych istot. Nocą nie wolno było pracować ani jeść, chyba, że był to czas świętowania. Ten urywek doby był przeznaczony na sen.
Zboże żęto poświęconymi sierpami i kosami. Pierwsze ścięte kłosy błogosławiono znakiem krzyża i również układano je na krzyż. Ta czynność zawsze należała do gospodarza. Szło się zawsze „ze słońcem” i to nie przez przypadek – tylko taki kierunek zapewniał dobrze wykonaną pracę, bo codzienna wędrówka słońca wyznaczała porządek życia i łączyła wchód z początkiem każdego działania, a zachód z jego końcem.
Jakie były dobre dni na pracę w polu?
Odpowiedni był wtorek i czwartek, czasem środa. Ani poniedziałek, ani piątek nie były dobrym dniem na rozpoczynanie polnych prac. Poniedziałek był świętego dnia za bliski, aby był sprzyjający dobrej, codziennej pracy. Piątek uznawano za dzień powagi i postu. Ale sobota sprzyjała zarówno rozpoczynaniu, jak i kończeniu prac. Wierzono, że w sobotę „choćby nie wiem jak deszczowa, na chwilkę zawsze widać niebo”, bo słońce musi się pokłonić Maryi albo że tego dnia Matka Boża suszyła pieluszki Pana Jezusa. Sobota jest dniem poprzedzającym dzień święty, czyli dzień wolny od pracy, dlatego właśnie prace żniwne rozpoczynano najczęściej tego dnia.
Ludzie żęli, zbierali, podbierali, wiązali snopy powrósłami, robili kopki, a na czubku stał rozczepierzony snopek. Kopki składano na zrąb, zaginano pod spód „ziorka”. W środku rolę rusztowania pełnił jeden snop. Ramiona kopy rozchodziły się na 4 strony świata, a każde zawierało po pięć snopów. Na wierzchu stawiano „czapkę”. To, czego nie udało się zebrać kobietom w snopek, zbierały dzieci – za świętokradztwo uznawano pozostawienie kłosków. Tak przygotowane zboże musiało chwilę odstać w polu, czasami nawet dwa tygodnie. Wysuszone można było zwieźć do stodoły wozem drabiniastym. Plony należało zabezpieczyć przed gryzoniami i chociaż mówi się, że „od myszy do cysorza wszyscy żyją z gospodorza”, to dbano o to, by myszki nie gryzły, dlatego stosowano różne metody – odrobinę zboża zostawiano dla nich na środku boiska/stodoły i stosowano kombinacje odstraszających ziół.
Czasami widać w polach fragmenty niedokoszonych zagonów – nie jest to symbol niechlujstwa gospodarza, a pradawna tradycja. Zostawiona garść rosnącego zboża była zwijana w jedno, związywana wstążką i ubierana kwiatami. To pozostawione było w podzięce Panu Bogu – wierzono, że jeśli garść ziaren się zostawi, to i gospodarzowi będzie się darzyć. Korzystało z tego też ptactwo, dzikie zwierzęta. Nazywano ją różnie: przepiórka, broda, wiązanka, garstka. Pozostawała w polu aż do jesiennej orki.
Żniwa to czas okropnie ciężkiej pracy, ale też satysfakcji. Widać w końcu efekty wielomiesięcznych starań. To wtedy w całej wsi słychać było odgłosy klepania i ostrzenia kos, sierpów. Początkowo używano tylko sierpów, wielu gospodarzy nie godziło się na kosę, bo „gdzie dar boży kosą ciąć”. Z czasem ta nowość upowszechniła się i przede wszystkim ułatwiała pracę, jednak dba się o to, by pierwszą garść zboża uciąć sierpem. Ważna była wzajemna pomoc i wsparcie. Ludzie sobie pomagali, nikogo nie zostawiano samego. Najpierw żęli u jednego, potem rodzina, krewni, sąsiedzi szli do kolejnego gospodarza i żniwowali dopóki nie zebrano wszystkich plonów.
Wszyscy byli tak spragnieni świeżo pieczonego chleba, że już niedługo po żniwach odbywała się pierwsza młócka cepami. Oczyszczone ziarna przekazywano do młyna, by zemleć na mąkę i z niej zrobić chleb. Klasyczna młócka odbywała się jednak dopiero jesienią.
