Woda życia wypłynęła z chrystusowego boku w Wielki Piątek, ale dopiero Wielkanoc ujawnia w pełni jej moc oczyszczania i wspomagania odradzającego się życia. Należało jednak zachować ostrożność – w tym czasie wielką aktywnością cieszyły się demony wodne. Topielce mają wtedy „wielką moc do człowieka”. Z tego wierzenia wywodzi się zakaz kąpieli w rzekach, strumieniach, jeziorach aż do nocy Św. Jana. Te złe duchy, topielce, mamuny i inne wywodziły się z dusz zmarłych śmiercią nagłą, która zakłócała naturalny bieg rzeczy (np. śmierć samobójców, dziewic zmarłych przed ślubem). Dlatego nie mogły przejść do krainy śmierci i bytowały pomiędzy światem żywych, a umarłych. Ich ulubionym miejscem były właśnie jeziora, stawy, bagna. Istoty te na co dzień nie sprzyjały ludziom, jednak w czasie świętowania należało skorzystać w ich pomocy, aby zapewnić przyszły urodzaj.
Dlatego w Wielkanoc, w przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, nie obowiązywał zakaz przędzenia, tkania, szycia.
W poniedziałek wielkanocny o świcie gospodarze kropili swoje pola wodą święconą, żegnali się znakiem krzyża i modląc się, wbijali w ziemię krzyżyki z palm, aby zapewnić urodzaj i chronić zasiew przed gradem. Błogosławiono ziemię i przyszłe zbiory, objeżdżając pola w procesji na koniach.
Ten dzień, nazywany śmigusem-dyngusem lub lanym poniedziałkiem, nikomu nie mógł ujść na sucho. Wśród pisków, krzyków, szamotaniny i śmiechu najchętniej oblewano ładne i lubiane panny. Stary przesąd mówił o tym, że oblanie wodą gwarantowało szybkie zamążpójście. Wierzono, że woda ma wpływ na piękno i płodność. Ta dziewczyna, której nie oblano wiadrem zimnej wody albo nie wrzucono do rzeki czy chociażby koryta do pojenia bydła, czuła się obrażona. Śmigus i dyngus to były kiedyś dwa odrębne zwyczaje: Śmigus, związany z biciem panien wierzbowymi gałązkami lub laniem zimną wodą, symbolizował wiosennie oczyszczenie z grzechu, brudu i chorób, a dyngus to zwyczaj odwiedzania się w domach z życzeniami, połączony z poczęstunkiem. Był świetnym sposobem na wymuszanie datków, szczególnie jajek, pod groźbą przymusowej kąpieli. Panny, które nie chciały być oblane, mogły się takim „dyngusem” wykupić, podając kawalerom jakiś smakołyk ze stołu.
Z czasem ludowe zasady, które uderzały głównie w młode dziewczyny, zastąpiła totalna rewolucja obyczajowa i zaczęto polewać wszystkich bez wyjątku. W latach 90. bardzo popularne było oblewanie wiernych, którzy opuszczali kościoły. Na przystankach autobusowych gromadziły się grupy młodzieży, które korzystając z chwilowo otwartych drzwi w autobusie, serwowały zimy deszcz pasażerom. Nie oszczędzano też osób starszych, droga do kościoła w drugi dzień świąt była prawdziwym wyzwaniem.
